75 lat temu na ORP Żuraw wybuchł bunt. Wśród buntowników był mieszkaniec Dominowa
Dokładnie 75 lat temu, w nocy z 1 na 2 sierpnia, na pokładzie okrętu polskiej Marynarki Wojennej ORP „Żuraw” rozegrały się wydarzenia, które na zawsze zapisały się w historii światowej wojskowości. To właśnie wtedy grupa zaledwie siedmiu młodych marynarzy, wśród których znalazł się mieszkaniec naszego regionu, st. mar. Henryk Barańczak z Dominowa, dokonała rzeczy niebywałej – opanowała okręt na pełnym morzu i doprowadziła go do szwedzkiego portu. Ta bezprecedensowa ucieczka, która zakończyła się sukcesem, miała jednak gorzki finał dla wielu osób, w tym dla drugiego z naszych rodaków – mata Kazimierza Boruty z Bieździadowa.
Bunt, który przeszedł do historii
W dziejach światowych marynarek wojennych nie odnotowano wcześniej przypadku, aby najmłodsi stażem i stopniem marynarze obezwładnili kadrę oficerską na pełnym morzu, a pozostałą część załogi przekonali do swoich racji. Wydarzenie to było tym bardziej niezwykłe, że w całości się powiodło. Buntownicy, dysponując jedynie podstawową wiedzą nawigacyjną, zdołali bezpiecznie poprowadzić jednostkę przez zdradliwe wody Bałtyku i dotrzeć do portu Ystad w Szwecji.
Co istotne, akcja przebiegła bez ofiar śmiertelnych. Jedynym poszkodowanym był sam przywódca buntu, st. mar. Henryk Barańczak, który przypadkowo postrzelił się w nogę. Plan opracowany przez sternika okrętu był przemyślany w każdym calu – od wyboru zaufanych ludzi, po sam moment przejęcia kontroli nad jednostką. Jak się później okazało, na pokładzie znajdowało się aż trzech tajnych informatorów Informacji Wojskowej, jednak żaden z nich nie zdołał zapobiec buntowi ani przekazać informacji o nim w trakcie jego trwania.
Ucieczka w cieniu zimnej wojny
Kontekst historyczny tych wydarzeń jest kluczowy dla ich zrozumienia. Był to szczytowy okres stalinizmu w Polsce i czas ogromnych napięć politycznych między Wschodem a Zachodem, znany jako zimna wojna. Bałtyk stanowił wówczas granicę między dwoma wrogimi obozami, patrolowaną przez okręty wojenne obu stron. Dodatkowo akwen był częściowo zaminowany, a bezpieczne przejścia wyznaczały jedynie specjalne tory wodne.
Na uciekinierów czyhały także naturalne przeszkody, takie jak ukryte pod powierzchnią wody skały w okolicach wyspy Bornholm. Mimo tych wszystkich zagrożeń, siedmiu zbuntowanych marynarzy podjęło decyzję o ucieczce. Ich determinacja była ogromna, ale jak się później okazało, potrzebowali również sporo szczęścia. Płynęli na zachód właściwie „na wyczucie”, błądząc po wodach Bałtyku, a w pewnym momencie zaginęły nawet mapy, które mogły pomóc w nawigacji. Kluczową postawą wykazał się radiotelegrafista mat Zygmunt Tutka, który nie należał do buntu, ale solidaryzując się z marynarzami, zaniechał nadania sygnału alarmowego, co mogłoby doprowadzić do szybkiego namierzenia i przechwycenia okrętu.
Azyl w Szwecji i dramatyczny wybór
Rankiem 2 sierpnia ORP „Żuraw” dotarł do szwedzkiego portu Ystad. Początkowo Szwedzi sądzili, że mają do czynienia z zabłąkaną jednostką, jednak szybko zorientowali się w sytuacji. Na pokład przybyła delegacja, która poleciła uwolnić oficerów i przekazać im broń. Władze Szwecji zaproponowały całej załodze azyl polityczny, szczególnie zależało im na pozostaniu oficerów ze względów propagandowych, ci jednak zdecydowanie odmówili.
Na listę osób chcących zostać w Szwecji zapisało się szesnastu marynarzy służby zasadniczej, w tym st. mar. Henryk Barańczak i mat Kazimierz Boruta. Gdy samochody zaczęły odwozić uciekinierów, na pokładzie pozostało jeszcze czterech wahających się marynarzy. Dowódca okrętu przekonywał ich do powrotu, ostrzegając przed konsekwencjami dezercji. Ostatecznie cała czwórka, wśród której był mat Kazimierz Boruta, zrezygnowała z azylu i zdecydowała się wrócić do Polski. Jak tłumaczyli w późniejszych latach, obawiali się o los swoich najbliższych. Obawy te okazały się w pełni uzasadnione – członkowie rodzin tych, którzy zostali w Szwecji, zostali aresztowani.
Lokalny ślad wielkiej historii
Dla mieszkańców naszego regionu ta historia ma szczególne znaczenie. Udział w buncie wzięło bowiem dwóch marynarzy związanych z naszymi okolicami. St. mar. Henryk Barańczak, organizator i przywódca całej akcji, pochodził z Dominowa i był synem przedwojennego policjanta. Z kolei mat Kazimierz Boruta, pełniący na okręcie funkcję motorzysty i drenażysty, wywodził się z Bieździadowa w Gminie Żerków. To właśnie on, mimo otrzymanego azylu politycznego, podjął dramatyczną decyzję o powrocie do kraju, co zaważyło na jego dalszym życiu.
Wydarzenia sprzed 75 lat pokazują, jak wielkie konsekwencje dla zwykłych ludzi miały polityczne zawirowania tamtych czasów. Historia buntu na ORP „Żuraw” to nie tylko opowieść o odwadze i determinacji, ale także o trudnych wyborach i ich dalekosiężnych skutkach. Przez lata pojawiały się nowe fakty, które rzucają jaśniejsze światło na tę sprawę, w tym dotyczące tajnych informatorów na pokładzie. Dzięki temu możemy dziś pełniej zrozumieć to niezwykłe wydarzenie, które na zawsze wpisało się w historię zarówno polskiej marynarki, jak i naszego lokalnego dziedzictwa.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!